XXIII

Jak lichy aktor, co stojąc na scenie,
Zapomniał z trwogi słów do swojej roli
Lub ogarnięte wściekłością stworzenie,
Któremu gniew się ruszyć nie pozwoli,

Tak ja, nie wierząc, bym umiał wysłowić
Nadmiar miłości, straciłem już wiarę
I tonę w uczuć wezbranych powodzi
Pod namiętności zbyt wielkim ciężarem.

O, niech więc za mnie mówią księgi moje,
Milczący serca mojego posłowie,
Które o miłość błaga i nagrodę,
Chociaż słowami tego nie wypowie.

Chciej pojąć, co tu ciche serce głosi:
Słuchać oczyma to mądrość miłości.

 

XLIII

Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzysz bez czułości.
Gdy spię, widzę ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.

Więc jakże cień twój, co rozjaśnia cienie,
Mógłby swym cieniem w dzień jasny i biały
Zajaśnieć jeszcze jaśniejszym promieniem,
Jeśli w snach oczom daje blask swój cały.

I jakże – mówię – wzrok mam zaspokoić
Widzeniem twojej postaci na jawie
Jeśli w noc głuchą twój cień we śnie stoi
Tak piękny oczom, że aż obcy prawie!

Dzień to noc ślepa, która cię zaćmiła,
Noc to dzień jasny, gdy sen ciebie zsyła!

 

LX

Jak fale morskie do piaszczystych brzegów,
Tak nasze chwile dążą ku końcowi;
Zmieniają miejsce w gasnącym szeregu,
Gdzie jedna urwie, tam druga dopowie.

Chwila narodzin, niegdyś najważniejsza,
Pełznie w dojrzałość, zapali się, po czem
Wstaje zaćmienie i blask jej pomniejsza;
Czas dary swoje zabiera z powrotem.

On świeżość kwiatów z urody odziera,
On bruzdy ryje na pogodnym czole,
Wymyślne kąski natury pożera
I dla swej kosy on obsiewa pole.

A przecie wiersz mój chciałbym przeciwstawić
Dłoni okrutnej, bym mógł ciebie sławić.

 

CXIX

Ileż syrenich łez piłem koleją
Z naczyń plugawych, jak piekła kolisko,
Łącząc nadzieję z lękiem, lęk z nadzieją,
Klęskę ponosząc, choć tryumf był blisko.

Jak nędzne błędy w sercu się zrodziły
Z wiarą, że spadną nań błogosławieństwa
Jak oczy moje z orbit wyskoczyły,
Pełne obłędu w gorączce szaleństwa.

O, jakaż korzyść z takiej straty płynie.
Wiem już, że dobro przez zło się polepsza.
Gdy odbuduje się miłość w ruinie,
Bywa piękniejsza, większa i silniejsza.

Wracam do szczęścia, zganiony sromotnie,
To, co zło wzięło, zyskałem trzykrotnie.

 

SONET XCI

 

Jedni ród sławią, inni zręczność swoją,
Inni swe skarby, inni ciała siłę,
Inni strój modny, choć im źle go skroją,
Inni sokoły, psy i konie miłe.

I każdy jedno ma upodobanie,
Które najwięcej radości mu sprawia,
Lecz nie chcę z nimi wchodzić w porównanie,
Nad wszystko dobre moje lepsze stawiam.

Dla mnie twa miłość lepsza niż ród stary,
Droższa niż skarby i strojów przepychy,
Milsza niż sokół, konie i ogary.
Drwię, mając ciebie, z całej ludzkiej pychy.

         Lecz wynędzniałem od tego zarazem,
Drżąc, że odejdziesz, stając się nędzarzem.

 

SONET CXXXVI

Jeśli mnie łaje twoja ślepa dusza,
Mów duszy, że twa wola Willa woli.
Wie dusza, że Will wolę twoją wzrusza.
Niech miłość moja miłość twą wyzwoli.

Will wilżyć będzie skarb twojej miłości,
W miłej wilgoci Will go ci zanurzy.
Jeżeli w zerze jedynka zagości,
Choć nie jest pierwsza, lecz jak tysiąc służy.

Wśród wielkiej liczby niech przemknę nieznany,
Lecz mą jedynkę skarbiec twój też wliczy,
I choć nicością przez ciebie nazwany,
Lecz da ci nicość ta nieco słodyczy.

         Miłuj mnie, miła, skarbnicę twą wilżyć
Chce Will i tylko dla tych chwil chce Will żyć.

 

XLVII

 

Z gorączką miłość mą porównać można,
Tego wciąż pragnie, co jej tylko szkodzi,
Szuka nadziei, ślepa, nieostrożna,
I chore serce ułudami zwodzi.

Lekarz - rozsądek – rzucił mnie samotnie,
Bom wzgardził radą jedyną, usłużną,
Miłość ta szałem, powtarzam stokrotnie
I w skrusze padam, niestety za późno.

O, straszną jestem dotknięty chorobą,
W sercu i w mózgu tak posępnie ciemno,
Nie wiem, co mówię i nie władnę sobą,
I prawdy szukam – ucieka przede mną.

Ty, którą znałem piękną i promienną
Jak noc i piekło jesteś czarną, ciemną!           X2

 

CXLIII

Spójrz tylko, biegnie gospodyni skrzętna,
By złapać kurę, która jej ucieka.
Sadza swe dziecko, gdzie bądź i pamięta
Tylko jednym, by pochwycić zbiega.

A porzucone jej dziecko z oddali
Krzyczy, choć matki w pogoni nie wstrzyma,
Gdyż nie dba ona, że dziecko się żali,
I biegnie za tym, co ma przed oczyma.

Tak i ty, za czymś biegniesz nieprzytomnie,
Gdy ja twe dziecko, któreś porzuciła,
Płaczę. Gdy schwytasz nadzieję, wróć do mnie,
Zabaw się w matkę, całuj mnie, bądź miła.

Więc Will się modli: dziej się twoja wola
I płacząc czeka, nim powrócisz z pola.

 

CXLII

Miłość ma grzechem, cnotą twa nienawiść.
Nienawiść grzechu mojego, miłości,
Lecz, gdy na szali obie je postawisz,
Zali nie zbędziesz takiej surowości?

Zali nie pojmiesz, iż nie twoim dane
Wargom szkarłatnym potępiania prawo?
Toć nie od dzisiaj piękno ich skalane
Fałszem, zmiennością i inną niesławą.

Miłuję ciebie, ty nie mnie miłujesz,
Do niego wzdychasz jako ja do ciebie:
Skoro w nieszczęściu mnie nie pożałujesz,
Sama żałości nie zaznasz w potrzebie.

Cnota twa grzech mój ze wzgardą odpycha,
Sama grzechowi oddając się z cicha.

 

CXXXVIII

Gdy mi przysięga, iż wierną została,
Niby jej wierzę, chociaż wiem, że kłamie.
Chcę, by za głupca młodego mnie brała,
Który się jeszcze obłudą nie splamił.

Nawzajem kłamiąc, nawzajem się znamy
I wadom naszym kłamstwem pochlebiamy.

Tak więc udaję, że sądzi mnie młodym,
Choć wiem, iż jesień czyta w mojej wiośnie
I chciwie łykam fałszywe dowody.
Jedno więc kłamstwo w obojgu nas rośnie.

Nawzajem kłamiąc, nawzajem się znamy
I wadom naszym kłamstwem pochlebiamy.

Czemu nie powie po prostu, że błądzi?
Czemu starością wiek mój się nie chlubi?
Miłość z pozorów o miłości sądzi,
A wiek w miłości lat liczyć nie lubi.

Nawzajem kłamiąc, nawzajem się znamy
I wadom naszym kłamstwem pochlebiamy.

 

CXLIV

Dwie znam miłości, rozpacz i pociechę,
Jak dwa anioły kroków moich strzegą.
Jasny to chłopiec nie skalany grzechem,
Czarny jest panią koloru czarnego.

Ona mnie zwodzi w piekielne otchłanie,
Ona mi chłopca ciałem swoim woła.
I jego czystość podłą dumą plami,
Psowa i w diabła chce zmienić anioła.

Czy anioł stanie się duchem przeklętym,
Orzec nie umiem, domyślać się boję,
Skoro przyjaźnią się szatan ze świętym,
Być może w piekle przestają oboje.

Prawdy nie dojdę. Próżno pytać ludzi,
Zanim się szatan aniołem nie znudzi.

 

LXXVII

Zwierciadło powie, jak twa piękność mija,
Zegar – jak cenne minuty marnujesz,
A pusta karta twe myśli odbija.
Takiej nauki z tej księgi skosztujesz:

Ze zmarszczek, które zwierciadło ukaże,
Grobów otwartych wspomnienie się rodzi.
Mówi wskazówka, gdy mknie po zegarze,
Że ku wieczności czas zmyka jak złodziej.

Spójrz: co w pamięci się twojej nie mieści,
Powierz tym kartom, a one odkryją,
Że te zrodzone z twego mózgu dzieci
W umyśle twoim nowym życiem żyją.

Spójrz, a z nich każda ci za to zapłaci,
Zyskasz, a księgę to wielce wzbogaci.

 

XCI

 

Jedni ród sławią, inni zręczność swoją,
Inni swe skarby, inni ciała siłę,
Inni strój modny, choć im źle go skroją,
Inni sokoły, psy i konie miłe.

I każdy jedno ma upodobanie,
Które najwięcej radości mu sprawia,
Lecz nie chcę z nimi wchodzić w porównanie;
Nad wszystko dobre moje lepsze stawiam.              } x2

Dla mnie twa miłość lepsza niż ród stary,
Droższa niż skarby i strojów przepychy,
Milsza niż sokół, konie i ogary.
Drwię, mając ciebie, z całej ludzkiej pychy.

Lecz wynędzniałem od tego zarazem,
Drżąc, że odejdziesz, stając się nędzarzem.             } x2